stycznia 25, 2025

Jestem Gustaff - historia prawdziwa

Jestem Gustaff - historia prawdziwa

 
Znacie Gustaffa? Głupie pytanie! Jeśli znaleźliście to miejsce w internecie to zapewne już zdążyliście go poznać, albo właśnie zawiązujecie z nim bliższą znajomość. Niewielu z Was jednak zna historię prawdziwwą jak ten rudy wysłannik z przeszłości znalazł się w domu Jadwigi i Maurycego Niepsujów. Jeśli jesteście ciekawi tej historii kliknijcie na główkę lisa poniżej, przekierowani zostaniecie do darmowego ebooka zawierającego opowieść o burzliwym początku życia Gustaffa na łonie rodziny Niepsujów.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba,
Zapraszam do lektury!

KLIKNIJ W LOGO PONIŻEJ

stycznia 23, 2025

Matylda na tropie - KROWI PLACEK

Matylda na tropie - KROWI PLACEK

Dziwny obiekt pojawił się w trawie podczas spaceru z Panem na łące za jednym, a potem drugim osiedlem i pewną bardzo ruchliwą ulicą. Leżał taki brązowy i okrągły i dziwnie pachniał.
– Co to? - spytała Matylda i spróbowała dotknąć łapą powierzchni obiektu. I prawie by się  jej to udało, gdyby nie Pan, który szarpnął smycz, na której prowadzona była suczka.
– Fuj! - wykrzywił się zniesmaczony – Krowi placek!
– Taki, jaki robi pani? Z cukrem?
– Nie! - pan wykrzywił się jak po zjedzeniu plasterka cytryny – Taki fuj!
– Jaki fuj?! Jaki fuj?! - cienki głosik dobiegł zza okrągłej brązowości, spomiędzy kępy trawy i rzędu żółtych mleczy.
Matylda przechyliła zaciekawiona głowę.
– Dzień dobry! Jest tam kto? - powiedziała cicho, bo była bardzo kulturalnym psem.
– A dzień dobry, dzień dobry! Jestem! A raczej jesteśmy! - odpowiedział jej mały czarny robaczek stojący przy dużej brązowej kulce.
– O! - zaskoczona Matylda aż usiadła – Kim pan jest?
– Boguś jestem! - odpowiedział robaczek i lekko się ukłonił – A to moja żona – wskazał drugiego czarnego robaczka wychodzącego zza kulki – Zofia!
– Ja jestem Matylda! - powiedziała Matylda – A to jest mój Pan! - wskazała łapą Pana zniesmaczającego się ciągle widokiem placka – Co tutaj robicie?
– Kulamy kulkę! - Boguś poklepał krągłe dzieło swych ciupkich rączek – Dobra robota, co nie?
– Kulka jak kulka! - suczka kiwnęła łbem. Widziała w swoim krótkim życiu już wiele podobnych przedmiotów. Wszystkie, pomimo szumnych zapewnień producenta, nie opierały się zbyt długo jej ostrym ząbkom – Mogę spróbować?
– Ani się waż! - oburzył się Boguś, i nawet podniósł przy tym głos, ale jego krzyk raczej trudno nazwać krzykiem w psim, a tym bardziej ludzkim rozumieniu tego słowa. Boguś pisknął tak, jakby zapiszczały nienaoliwione zawiasy drzwi lub ktoś przypadkiem potarł gumową podeszwą trampka po marmurowej posadzce.
Matylda aż podskoczyła zaskoczona nagłą reakcją robaczka.
– Czemu? - spytała.
– Bo w środku są nasze dzieci! - powiedziała cicho pani robaczkowa.
– Zamknęliście dzieci w kulce!? - suczka nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. No bo jak można zamknąć swoje dzieci w takiej małej kulce zrobionej z krowiego placka? Choćby i najpiękniej ulepionej! Żadne dziecko nie może być aż tak niegrzeczne, żeby zasłużyć na podobną karę! - Proszę natychmiast wypuścić dzieciaki na wolność! - powiedziała stanowczo Matylda – Tak się nie godzi postępować!
„Nie godzi się” Matylda usłyszała od swojego pana, kiedy ten stał nad zrobioną przez nią przed chwilą kałużą w kształcie dwójki kotów bijących się o kawałek wędzonej makreli. Albo pogryzionego trampka pana. Albo czegokolwiek innego. Zrozumiała, że oznacza to coś, czego raczej nie wypada robić. Nie godzi się, czyli nie wolno. No chyba, że plama będzie przypominać profil pana. Albo pani. Albo czegokolwiek innego, miłego sercu jej opiekuna. Chyba, że nie. Pogubiła się...
– Proszę natychmiast wypuścić dzieci! I przeprosić! W przeciwnym wypadku... - zmarszczyła brwi i pokazała Bogusiowi rząd białych jak śnieg zębów. Zawarczała przy tym głośno. Oczywiście żeby wzmocnić siłę przekazu.
Ku jej zdziwieniu Boguś i Zofia nie przestraszyli się ani zmarszczonych brwi, ani wyszczerzonych zębów, ani tym bardziej głośnego warknięcia. Robaczki popatrzyły na siebie i zaśmiały się głośno, pocierając przy tym krągłe brzuszki małymi rączkami. Oczywiście głośno w robaczkowej skali głośności.
– Czy ty myślisz, że my... Buhahahaha! - Boguś przykucnął i klepnął się małą dłonią w chitynowe udo (chityna to materiał z jakiego zbudowany jest między innymi pancerzyk, czyli ciało żuczków).
– Ależ skarbie – zwróciła się do Matyldy pani żuczkowa – nie więzimy naszych dzieci. One tam muszą być, żeby były bezpieczne i bezpiecznie sobie rosły! Boguś zaraz zakopie kulkę w ziemi, a kiedy nasze dzieci dorosną, wyjdą z niej, pójdą w świat i założą swoje rodziny! No i będą kulać swoje kulki, dla swoich dzieci.
– A zrobiłaś im jakieś kanapki na ten czas? - dopytywała suczka.
– One będą się żywić tą kulką właśnie. Nam to smakuje jak ludziom chipsy! - Boguś pogładził się po brzuszku i zrobił rozanieloną minę.
To akurat Matylda rozumiała i popierała. Sama czasem wyjadała kocie kupy z kuwety. Lubiła kiedy te trzeszczały jej między zębami, a potem wpadały do brzuszka. Pac, pac, pac... I tylko pan nie rozumiał dlaczego to robiła.
– Dobra, my musimy już iść! - odezwała się Zofia – Trzeba zacząć kopać domek dla naszych maleństw.
Matylda spojrzała na pana. Ten nadal robił kwaśną minę wpatrując się w brązowy placek. On nigdy nie zrozumie co dobre – pomyślała. Ale czego oczekiwać po osobniku, który lubi na przykład ogórki kiszone, zupę ogórkową, albo taki kapuśniak. Fuj! Matylda wykrzywiła pyszczek i pobiegła do kolejnego krowiego placka leżącego kilkanaście metrów dalej. Może tam spotka kolejną parę kulającą swoją kulkę

stycznia 08, 2025

Ratujmy komputer!

Ratujmy komputer!

– Co tak łazisz w kółko jak koń w cyrku? - Gustaff wyjrzał zza książki na kręcącego się po domu Maurycego.
– Komputer padł, teraz chyba na amen! - westchnął ciężko człowiek, który z awariami sprzętu borykał się od grudnia ubiegłego roku. Sądził jednak, że uda się ożywić starą jednostkę i nie będzie trzeba kupować nowego sprzętu.
– Jak to padł? Na twarz tak, czy na część wprost naprzeciwną? - lis wskazał kciukiem zakończenie pleców zwieńczone puszystym ogonem.
– Nie żartuj Gustaff! Nie mam kasy na nowy, a poza tym tam były wszystkie twoje pliki!
– Znaczy się zdjęcia, rysunki, teksty?
– Znaczy się...
– To go ratujmy chłopie! Reanimujmy! Nie stój jak słup graniczny! Ty trzeba działać, a nie stać! Deeeeeev! Chodź tutaj! Mamy robotę! - Dev wpadł do pokoju, rozglądając się nerwowo - Ty go uciskaj w procesor, ja mu zrobię usta-usta w stację dysków! A ty człowieku nie stój tak! Przydaj się do czegoś! - rudzielec podał Maurycemu kubek z czerwoną, gluciastą mazią o smaku truskawkowym - Patrz jak to się robi! I ucz się, bo na naukę nigdy nie jest za późno! Potrzymaj mi kisiel! Tylko język przy sobie proszę!
Niestety reanimacja na nic się zdała. Komputer gasł powoli, aż w końcu przestały świecić mu się nawet ledy w wentylatorach.
Żałoba po nim trwała dwa dni, aż do momentu kiedy to w domu Niepsujów pojawił się nowy, piękny komputer.
– Umarł król, niech żyje król! - zakrzyknął na jego widok Gustaff - A, i jeszcze jedno chłopie - lis wbił pazur wskazujący w pierś Maurycego - Gdzie do jasnej anielki jest mój kisiel truskawkowy!?

   

   

      

   

stycznia 08, 2025

Sałatka warzywna

Sałatka warzywna

– Gustaff! Leniu śmierdzący! Może byś ruszył swoje arystokratyczne cztery litery z wersalki i pomógł w przygotowaniach do świąt! - Maurycy westchnął ciężko patrząc na miskę warzyw przeznaczonych do sałatki waezywnej – Jeść będzie komu, ale do roboty chętnych brak!
– Co się tak pieklisz człowieku? - lis wszedł do kuchni powłócząc nogami – Sie nie piekl! Ja rozumiem Dev, on pieklenie ma w genach, ale ty?
– Nie mędrkuj, tylko weź się do roboty! Zrób przynajmniej połowę sałatki! Tak będzie uczciwie!
– Ale wiesz, że już Otto von Bismarck powiedział, że ludzie nie powinni wiedzieć jak się robi polityki i sałatki warzywnej?! Nie podważaj chłopie tej świętej tezy! Nie zaburzaj stanu świętej równowagi! Bo on delikarny jest i łatwo go rozchwiać można! A wtedy już tylko łzy i zgrzytanie zębów..
– Ty się słyszysz? Ty w ogóle rozumiesz co mówisz? Ktoś ci to wydrukował, czy ty to sam?
– Sam! - lis uśmiechnął się szeroko, prezentując pokaźną klawiaturę zębów – Niezłe co? Połowy nie rozumiem, ale powiem ci że działa. Krystynka na podwórku spadła z huśtawki już po „komforcie nieświadomości”. A ona ma już prawie dziesięć lat!
– A poza tym chodziło o kiełbasę!
– Że co?
– O kiełbasę chodziło Bismarckowi!
– Detal. Poza tym coś tam Otto chyba wspominał o sałatce czy jak tam po niemiecku mówi się o tej mieszance warzywnej na majonezie.

* * *

– Jak idzie robota? - Maurycy nachylił się nad miską i zdębiał.
– Widzę, że zdębiałeś! - Lis wytarł łapy w ściereczkę i zsunął się ze stołka – Ja zrobiłem swoje, teraz twoja kolej!
– Ale ty przecież praktycznie nic nie zrobiłeś!
– Jak to nic!? - Gustaff spojrzał na człowieka wielkimi, lisimi oczami – Pamiętaj, że nie sztuka pracować ciężko, sztuka pracować mądrze! Ja wybrałem to drugie, tobie, na prawie starszeństwa, pozostawiam to pierwsze...
– Czyli po prostu przesypałeś groszek i kukurydzę z puszki do miski?
– Niby tak! Ale procentowo to praktycznie połowa potrawy! Policz sobie groszki i kukurydzę i porównaj z marchewką, pietruszką, ziemniakami, porem, ogórkami i jajkami Sam mówiłeś, żebym zrobił przynajmniej połowę!
– Ale...
– Nic nie mów Maurycy. Czasem warto coś przemilczeć niż powiedzieć za dużo. Szanuj swoje słowo chłopie, bo jak ty go nie będziesz szanować, to nikt go nie będzie szanować!









stycznia 08, 2025

Cukier

Cukier

– Wiesz co robię gdy Jadwiga ma smaka na coś słodkiego i prosi mnie o kupienie w sklepie jakiejś niesprecyzowanej słodyczy? - Maurycy nachylił się nad Gustaffem i zachichotał cicho.
– No co geniuszu? - Lis spojrzał na człowieka spod ściągniętych brwi, nie do końca rozumiejąc intencję podanej przed chwilą informacji.
– Kilogram cukru! - człowiek zachichotał wariacko.
– I co? - Gustaff nadal nie rozumiał o co chodzi staruszkowi.
– I teraz mamy 54 kilo cukru na zbyciu...
– I co? - drążył zwierzak, próbując ułożyć w logiczny ciąg podany przed chwilą zestaw danych.
– Nie chcesz kupić może trochę cukru? Przydałoby się nieco kasy na słodycze dla Jadwigi... - dodał Maurycy krzywiąc się kwaśno.

  

stycznia 07, 2025

Rycerz

Rycerz

– Myślisz Maurycy, że mógłbym zostać rycerzem? - Gustaff spojrzał na mężczyznę spod ściągniętych, krzaczastych brwi.
– A skąd to pytanie? - człowiek oderwał się na chwilę od klawiatury i obrócił na fotelu w stronę zwierzaka.
– A bo zastanawiałem się nad swoją przyszłością i pomyślałem, że zawód rycerza, to byłaby fajna alternatywa dla mechanika czy lekarza. Tak sobie jeździć na koniu, od czasu do czasu pomachać mieczem, pokonać jakiegoś smoka, uwolnić księżniczkę...
Maurycy zmarszczył czoło i podrapał się za uchem.
–  Ale przecież smoków nie ma! - zauważył.
– Tam gadanie! Wujek Leon mówił, że są. Miał mi nawet powiedzieć gdzie, ale dopiero jak z pokoju wyjdzie jego żona.
A że ta siedziała z nami cały czas to tylko pokazywał coś oczami w jej kierunku. Nie wiem dlaczego- obruszył się Gustaff – Poza tym czy jakiś czas temu uwierzyłbyś w istnienie gadającego lisa! A dziś?
– No fakt, ale potrzebowałbyś zbroi, konia... O właśnie! Musiałbyś się nauczyć jeździć konno! I w ogóle mieć konia!
Zwierzak zamyślił się. Wsparty o stojący w kącie stojak budowlany, zaczął rozmyślać nad przeskoczeniem tych istotnych dla wykonywania zawodu rycerza przeszkód i...
– Mam! Mam! - krzyknął. Maurycy, który ponownie zajął się oglądaniem jakiegoś filmiku instruktażowego w internecie aż podskoczył z wrażenia – Czy zamiast konia może być na początek koziołek? - zapytał wskazując stojącą obok drewnianą konstrukcję – Przecież muszę trochę poćwiczyć na sucho zanim wskoczę na prawdziwego rumaka!
– No niby tak, ale... - Maurycy nie zdążył skończyć, a Gustaff już przesuwał jego fotel w kąt pokoju, a na środek wypchnął sosnowy stojak.
– A teraz patrz! - zaczął się powoli wspinać na „grzbiet” koziołka – Że ja nie dam rady?! Chłopie, nie takie bestie ujeżdżałem w swoim życiu. Nawet nie wiesz jakie. Na sam widok zabrudziłbyś spodnie!
– Na pewno! - mężczyzna patrzył z przerażeniem na wspinaczkę i późniejszą próbę utrzymania równowagi przez Gustaffa.
– Podaj mi pikę giermku! - zaordynował lis wskazując palcem na Maurycego. Ten spojrzał spode łba na lisa, ale spolegliwie udał się do kuchni, skąd przyniósł odkręcony kij od szczotki. Wiedział, że im szybciej skończy się ta zabawa, znowu będzie mógł zasiąść przy komputerze i dokończyć oglądanie filmu. Gustaff złapał kijek i zaczął nim wywijać na wszystkie strony.
– Nie szalej chłopie, bo zaraz wywiniesz fikołka na tym koźle!
– Spokojna głowa! Panuję nad sytuaaaaaa... - zwierzak zachwiał się, przechylił na bok i runął jak długi na podłogę. Centralnie na pupę - ... cję! - dokończył próbując rozmasować łapami pulsujące bólem pośladki.
– I co panie rycerzu? - zapytał Maurycy.
– I pstro! - odpowiedział i umościł się ostrożnie na wersalce obok kota – A ty co się cieszysz? - popatrzył na futrzaka – Bawi cię to? Bawi? Zobaczysz, jak kieyś jakaś smoczyca będzie ci chciała zeżreć wątrobę, albo co gorsza wyjść za ciebie za mąż, to nie licz na moją pomoc! Świat stracił właśnie wielkiego rycerza!

   

   

   

   

stycznia 07, 2025

Gustaff - współczesny Da Vinci

Gustaff - współczesny Da Vinci

 – Mógłbyś choć przez chwilę się nie ruszać?! - Gustaff spojrzał gniewnie na Maurycego spod ściągniętych, krzaczastych brwi.
– Mógłbym, ale mam teraz robotę! - mężczyzna oderwał się na chwilę od pracy na stojącym pod oknem tablecie.
– Wyobraź sobie, że ja też! - lis wystawił łapę z grubym czarnym flamastrem i wycelował go w człowieka, próbując wymierzyć proporcje – Ja też chcę zapisać swoją kartę w historii malarstwa!
– No to pokaż co nasmarowałeś!
– Zaraz tam nasmarowałem! Chłopie, gdyby Leonardo Di Caprio urodził się w naszych czasach miałby na imię Gustaff!
– Chyba Da Vinci!
– Vinci, nie Vinci! Wszystko jedno! - Lis stanął na wersalce i odsłonił kartkę z pokracznym, zarośniętym ludzikiem w okularach – Zmruż oczy człowieku, bo blask artystyczny, którego za chwilę doświadczyć może cię oślepić!
- Fakt, można lekko oślepnąć... - Maurycy uśmiechnął się kwaśno.
– Nie znasz się! - Gustaff odłożył rysunek i zsunął się na podłogę – To ja spadam do Jadwigi! Tylko ona doceni moje talenta! Jadwiniu kochana, co dziś na obiad?
– Schabowe! - odkrzyknęła z kuchni kobieta. Chwilę potem dało się słyszeć miarowy stukot ubijania plastrów mięsa.
– A nie spiesz się turkaweczko z tym ubijaniem! Trzeba pierwej sprawdzić jakość surowca! Czy mówiłem ci Maurycy – Lis zatrzymał się na chwilę na progu pokoju i korytarza – że gdyby Gordon Ramsay żył w naszych czasach miałby na imię Gustaff?
– Ale on żyje w naszych czasach!
– I dlatego nie nazywa się Gustaff! Bo Gustaff może być tylko jeden! Jedna sztuka! I starczy! Świat jest za mały na dwa takie egzemplarze! To chyba logiczne! Czego nie rozumiesz?!

   





stycznia 07, 2025

Ki Czort (1)

Ki Czort (1)


 ROZDZIAŁ !

Dev z młyna

- Porąbało cię chłopie na stare lata! - ton głosu Jadwigi, dochodzący z dużego pokoju zwiastował tylko jedno, będzie draka. Gustaff odłożył książkę, zsunął się z wersalki, na której zatopiony w lekturze zalegał przez ostatnią godzinę, i pobiegł sprawdzić co się stało. A w salonie Maurycy, niestety wciąż w jednym kawałku, stał ze spuszczoną głową przy wersalce, na której leżała i pachniała Jadwiga, i mruczał coś niezrozumiale pod nosem.
- Ależ kwiatuszku, przecież...
- Nie „kwiatuszkuj” mi tutaj teraz! Czy ty w ogóle myślisz nad tym co myślisz? Przecież to chyba największa bzdura jaka z ciebie wyszła w ciągu ostatniego roku, a być może i tygodnia!
- Chyba na odwrót... - próbował wbić się w słowotok Jadwigi mocno przestraszony mężczyzna.
- Nawet jednego słowa! - syknęła kobieta – Przyjrzałeś się tej ruinie? Popatrz na zdjęcia przy ogłoszeniu! Dach do wymiany, okna też, podejrzewam, że centralne do zrobienia, docieplenie, piaskowanie drewna, wyrzucenie maszyn! W tak starej ruderze różnych poprawek może być tyle, że sam remont przerośnie cenę rynkową kilka razy! Na dokładkę to dom z 1888 roku, czyli łapę na tym trzyma konserwator, a to znowu oznacza, że połowy rzeczy nie zrobisz, a za drugą zapłacisz drugie tyle! Wyprawa z motyką na słońce to przy tym szkolna wycieczka! Długów mamy po kokardę, pieniędzy ledwo starcza do pierwszego, a ty sobie wymyśliłeś karierę posesora?!
- Ale o co chodzi? - do dyskusji włączył się Gustaff wykorzystując moment, gdy Jadwidze zabrakło powietrza..
- Twój papcio – kobieta spojrzała na lisa – chce kupić jakiś stary młyn w jakiejś zapadłęj dziurze, gdzie psy ogonami szczekają!
- Jaaaaacie! - rudzielec uśmiechnął się od ucha do ucha i przytulił do nogi Maurycego – Kiedy? Kupmy go, kupmy, kupmy!
- Matko boska! Tego też odkleiło...

*   *   *

- I jak? Zobaczyłeś, co chciałeś zobaczyć? - Jadwiga stała przy samochodzie z założonymi rękami i patrzyła na męża biegającego wokół młyna. No może nie całkowicie wokół, bo jedna ze ścian szczytowych przylegała do strumyka, nad którym wisiał szeroki, drewniany mostek.
- No nie bardzo! - Maurycy stanął na chwilę i popatrzył na żonę – Wszystko zamknięte na trzy spusty. Szyby brudne, ledwo co można zobaczyć. Mówiłem, żeby zadzwonić do tej babki z biura nieruchomości...
- I co? Chcesz kobiecie zawracać głowę, bo umyśliłeś sobie wycieczkę krajoznawczą? Nie wstyd ci staruchu?
- Zaraz tam wycieczkę! A może byśmy się jednak zdecydowali? Sprawdzałem w internecie i nasze mieszkanie warte jest teraz całkiem sporo. Gdby je sprzedać? – faktycznie, jeszcze jakiś czas temu za dwa pokoje, łazienkę i całkiem sporą kuchnię na ich zacisznym osiedlu nie dostałoby się zbyt wiele, ale obecnie, kiedy w okolicach powstało centrum handlowe i jedna z restauracji sieciowych, cena metra poszybowała mocno w górę.
- Nie myśl za dużo, bo za każdym razem kiedy zaczynasz myśleć, kosztuje nas to coraz więcej! Zrób sobie kilka zdjęć do powieszenia nad łóżkiem i wracamy! – Jadwiga otworzyła drzwi samochodu – A gdzie Gustaff?
- Tutaj! - odezwał się głos z tylnego siedzenia.
- Matko przenajświętsza! A co to? - kobieta cofnęła się o krok.
Na fotelu, obok lisa, siedziało coś pomarańczowego z chudymi nóżkami i rękami, czarną głową i dwoma wystającymi z czoła rogami. Stwór wpatrywał się w kobietę z przestrachem.
- To jest Dev – lis przytulił „coś” i popatrzył Jadwidze prosto w oczy – i jedzie z nami...
CDN




stycznia 07, 2025

Katka to wariatka

Katka to wariatka

 - Cześć Gustaff! Cześć Gustaff! Cześć Gustaff! - drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, a do przedpokoju wpadło blond tornado w wielkim wełnianym swetrze – Cześć Gustaff! Co robisz? - tornado skręciło w prawo, do pokoju Maurycego. W niewielkim pomieszczeniu na wersalce leżał lis i układał puzzle.
- Jak wy to składacie do kupy? - Gustaff spojrzał zrezygnowany na gościa – Od dwóch dni próbuję to złożyć i za każdym razem jedna wielka porażka! Pomóż Katka!
- Ile części?
- Dziesięć!
- No weź przestań! Dziesięć? Tyle to ja układałam miesiąc po urodzeniu! I do tego nogą! - dziewczynka zmarszczyła nos i rozejrzała się po pokoju – A jeśli mówimy o składaniu do kupy, to co tu tak śmierdzi?
Gustaff spojrzał przestraszony na dziewczynkę.
- Co śmierdzi? Nic nie śmierdzi! Może coś z podwórka coś nawiało! - Lis usiadł na wersalce i poprawił podwinięty pod pupę ogon – A ty co się odwaliłaś jak indyk w święto dziękczynienia?
- Zaraz tam indyk! Eko jestem! Energię zbieram! - odparowała Katka i usiadła w fotelu – Gorąc magazynuję, żeby go potem w zimniejsze dni przetransformatorować! Zimą będę galopować przez śnieżycę w samym podkoszulku! - odetchnęła ciężko i odchyliła nieco szeroki ściągacz swetra – Tak w telewizji gadali.
- Może i coś gadali, ale ty chyba nic nie skumałaś! - Lis pokręcił głową – Ciepła ze swetra nie da rady zmagazynować w ciele. Tym bardziej, że chuda jak patyk jesteś! W czym chcesz energię zbierać? Do tego specjalne magazyny są potrzebne, bateria, akumulatory! Gorąc na dworze taki, że jajko na parapecie można usmażyć, a ty jak głupia paradujesz w tym kokonie! Magazynować to trzeba umieć! - Gustaff popukał się palcem wskazującym w czoło.
- Taaaaaak? - Katka przetarła rękawem spocone czoło.
- Taaaaaak!
- To powiedz jak Ty to robisz?
- Ja magazynuję moja droga kalorie! Ja kalorie z pożywienia zamieniam w kalorie, czyli jednostkę ciepła, w brzuchu!
- Czyli, że co?
- Czyli, że jak znajdę jakiś nikomu niepotrzebny kawałek surowizny, to go magazynuję w tylko mi wiadomym miejscu i poddaję procesowi przetransformatorowania w energię wtedy, kiedy poczuję głód.
Katka zmarszczyła czoło. Nagle zauważyła, że przez niewielką szczelinę w szufladzie półki zkleconej przez Maurycego kilka lat temu dla córki, przecisnęła się wielka tłusta mucha. Wyczyn ten próbował teraz powtórzyć drugi owad. Trzeci, równie wielki i włochaty jak poprzedniczki, zaczął kołować nad meblem, szykując się do lądowania. Dziewczynka zrozumiała teraz skąd w pokoju ten przeraźliwy smród.
- A można wiedzieć skąd wziąłeś ten nikomu niepotrzebny kawał mięsa?
- Ze śmietnika... - odparł Gustaff i zaraz skrzywił się kwaśno. Bo to miała być jego największa tajemnica, on tymczasem zdradził ją jakby nigdy nic, nie będąc nawet lekko torturowanym.
- Ale Maurycy wie, że mu ulokowałeś trupa w szufladzie ze skarpetkami?
- Nie no weź! To są informacje o znaczeniu strategicznym!
Katka zsunęła się z fotela i skierowała do wyjścia.
- Wiesz, ja już jednak pójdę! Bo nie wiem czy Maurycy doceni geniusz tej strategii... - drzwi huknęły o szafkę z butami, strącając kilka z nich na podłogę – Część Gustaff! Cześć Gustaff! Cześć Gustaff!


stycznia 07, 2025

Przedszkole pod Starym Dębem (1)

Przedszkole pod Starym Dębem (1)

Przedszkole Nr 10 „Pod Starym Dębem” to placówka wychowawcza z wieloletnią tradycją. To tu trafiały wszystkie maluchy rodzin zamieszkałych przez pokolenia w północnej ćwiartce puszczy za rzeką Łuną z jednej strony, a wielkimi sadami i miasteczkiem Łowisko Górne z drugiej. Zazwyczaj pełne dziatwy, krzyków i tupotu małych stópek zwierzęcych i ludzkich, w czas wakacyjny mocno się wyludniało i cichło. Rodzice zabierali wtedy swoje pociechy na urlopy nad morze lub w góry albo do dawno niewidzianej rodziny. W przedszkolu pozostawały wtedy tylko te dzieci, które nie wybierały się nigdzie, albo po prostu czekały na swoją turystyczną kolej. Dziś pan Hu, niedawno zatrudniony opiekun, miał pod swoimi skrzydłami (dosłownie i w przenośni, bowiem pan Hu był wielce przystojnym samcem sowy świeżo po studiach) czwórkę łobuziaków – Lisa Gustaffa, Borsuka Benka, ludzką dziewczynkę Katkę i takiegoż chłopca Felka.

A co porabiały w ten piękny sierpniowy dzień nasi bohaterowie?

Felek budował zamek z piasku, Gustaff czytał książkę, Benek huśtał się na sznurowej huśtawce przewieszonej przez gruby konar starego dębu, a Katka ciągnęła swoją ulubioną lalkę po ziemi, ćwicząc ewakuację rannych z pola bitwy.

- Trzymaj się żołnierzu! Bądź dzielny! Nie odchodź w stronę światła! - wołała do zabawki, której gumowa główka podskakiwała na kamieniach i kępach trawy. Szur, szur, pac, pac...

Pan Hu przygotowywał w tym czasie kanapki z kiełbasą i pomidorami na drugie śniadanie, wyglądając co chwila z okna kuchni przedszkola na plac zabaw, sprawdzając co słychać u jego podopiecznych.

- Dobra Benek, teraz moja kolej! - Lis Gustaff odłożył książkę i podszedł do Borsuka.

- Chyba śnisz! - Benek nagle ożywił się i zaczął machać łapami żeby rozbujać huśtawkę.

- Złaź, bo dostaniesz w nos! - Lis zmarszczył brwi i zacisnął łapy.

- Tylko spróbuj słabiaku! - odpowiedział mu Benek i zaśmiał się szyderczo – Najpierw mnie złap!

Gustaff nie był głupi. Wiedział, że złapanie kolegi rozhuśtanego aż po dolne gałęzie dębu grozi kontuzją, a przynajmniej utratą kilku zębów, stał więc bezradnie wpatrując się w bujającego się to w jedną, to w drugą stronę przyjaciela.

Wtedy na plac zabaw przyszedł, niosąc wielką tacę kanapek, pan Hu.

- Wszystko w porządku? - spytał, kładąc posiłek na drewnianym stoliku.

- Nie! - Lis tupnął nogą i wskazał na kolegę – Borsuk nie chce dać się pohuśtać! Siedzi tam już z godzinę!

- Benku! Zatrzymaj się! - nakazał Pan Hu, a kiedy bujawka wreszcie znieruchomiała spytał – Czy to prawda?

- Ale proszę pana, Gustaff czytał w tym czasie książkę! Nic nie mówił, że chce się pobujać!

Opiekun zamyślił się.

- Felku, czy nadal masz zegarek, który dostałeś od taty?

- Jasne! - Felek wychylił się zza piaskowego zamku, na którym montował właśnie flagę zrobioną z nadzianego na patyk liścia – To oryginalny Roleks! - wystawił rękę pokazując jeden z wielu prezentów jakie tata przywiózł mu z licznych podróży służbowych – Ma kalendarz, stoper, kalkulator, budzik, świeci w ciemności i jest wodoodporny chyba do miliona metrów pod wodą!

- To świetnie! A wiesz jak z niego korzystać?

- Oczywiście! Tata mi pokazał!- Felek popatrzył z wyższością na zebranych wokół kolegów – Ta dłuższa wskazówka pokazuje minuty, ta krótsza godziny, a na tym malutkim kółku można sprawdzić upływające sekundy! Tutaj z boku jest pokrętło do nakręcania, a tym małym guziczkiem obok włącza się szpiegowski nadajnik! - chłopiec nacisnął metalową wypukłość i przybliżył rękę do twarzy – Ja brzoza, ja brzoza, jak mnie słyszysz? Tu agent 03 łamane na pierkwadrat! - Felek przekręcił kółko w jedną i drugą stronę, na tyle energicznie, że coś w środku chrupnęło. Popatrzył zdziwiony na zegarek i na kolegów. Wskazówki nadal się poruszały więc odetchnął z ulgą i uśmiechnął się nieśmiało – To nic, to nic! Ten zegarek jest pancerny! Wojsko jeździ po nim czołgami i nawet szybka się wtedy nie porysuje!

- Dobrze – pan Hu położył mu rękę na ramieniu – skoro wszystko w porządku, to będziesz mierzył kolegom czas. Każda chętna osoba będzie się huśtać pięć minut. Po upływie tego czasu nastąpi zmiana. Pięć minut to czas w którym największa wskazówka przejdzie odległość między tymi dwoma kreskami! - opiekun pokazał palcem oznaczenia na tarczy - Rozumiesz?

- Ofkors, łamane na oczywiście! - chłopiec powtórzył zasłyszaną u papy formułkę.

- Dobrze, bawcie się więc grzecznie! Ja tymczasem pójdę obierać ziemniaki na obiad. Wrócę za kilka chwil! A ty Felku – popatrzył poważnie na malucha – trzymaj rękę na pulsie. Teraz jesteś moim zastępcą!

- Słyszeliście?! Teraz ja tu rządzę! Macie mnie słuchać! Pierwszy do bujania jest Gustaff!

Kiedy po kwadransie pan Hu wrócił na plac zabaw, Gustaff i Benek ciągnęli huśtawkę, każdy w swoją stronę, Felek stał obok i płakał, a Katka dłubiąc palcem w nosie, obserwowała to wszystko z odległości kilku metrów.

- Łeeeeee! Ołyginalny Łołeks! Łeeeeee!

Hu podszedł do dziewczynki.

- Co tu się dzieje?!

- Akopalipsa! - wysyczała Katka – Amargedon i bajzel na kółkach! Felkowi zepsuł się zegarek i cały misterny plan się sypnął! Gustaff i Benek nie mogli się dogadać co do czasu, a Felek się rozkleił. Akopalipsa psze pana... A ten twój Roleks to chińska podróba, a nie oryginał! - krzyknęła do zalanego łzami chłopca.

- Dobra, - pan Hu westchnął i ruszył w kierunku Lisa i Borsuka. Zatrzymała go Katka łapiąc za kieszeń pasiastych spodni.

- Prrrrr... - prychnęła cicho - Poczekajmy chwilkę.

- Na co?

- Może konflikt się zaogni, pojawią się ofiary i będę mogła wreszcie kogoś ewakuować z pola bitwy! A może i reanimować! - rozmarzyła się dziewczynka.

stycznia 07, 2025

Komiksowy Gustaff #2

Komiksowy Gustaff #2

 

stycznia 03, 2025

Dziadek Benek wkracza do akcji

Dziadek Benek wkracza do akcji

Do drzwi wejściowych ktoś zapukał. Maurycy spojrzał zdziwiony na Jadwigę, To nie mógł być Gustaff, który przed kilkoma minutami przeciągłym wyciem oznajmił domownikom i reszcie świata, że wychodzi na dwór i wróci dopiero na kolację. Zresztą on nigdy nie pukał, wchodził do domu z tak zwanego buta, zostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi, przez które, wykorzystując nadarzającą się okazję, wychodziły ciekawe świata koty. Szczególnie ten rudy.
Pukanie powtórzyło się. Maurycy wstał z fotela stękając głośno, ale zanim doszedł do przedpokoju dało się słyszeć cichy pisk zawiasów i stukot podeszew nieznanych i nieoczekiwanych gości.
– A gdzie jest mój futrzasty słodziak? Gdzie moje rude słoneczko? - zza framugi wychynęła głowa babci Klary, a tuż za nią wielki czerep dziadka Benedykta, jak zwykle w lekko za dużym kraciastym kaszkiecie.
– Gdzie mój zuch puchaty? - spytał Benek i rozejrzał się mocno niedyskretnie po niewielkim mieszkaniu, zaglądając do łazienki, małego pokoju, szafy i lodówki.
– Mamo! Tato! - Jadwiga poderwała się z wersalki i podeszła do niespodziewanych gości. Najpierw utonęła w ramionach Klary, chwilę później Benedykta.
Maurycy był bardziej powściągliwy w wyrażaniu radości.
– Matko – kiwnął lekko głową w stronę kobiety – ojcze! Jakie zwariowane wiatry przywiały was w nasze strony?
– Tam zaraz wiatry! Sami się przykulaliśmy! A ty chodź tu gagatku i uściśnij teścia! Już nie bądź taki sztywny! Mam nadzieję, że Jadwiga nie karmi cię krochmalem! - podszedł do Maurycego, przyciągnął go do siebie i utopił w mocarnym uścisku. Bo choć Benek wyglądem przypominał gruszkę, z wąską klatką piersiową, dużą nadwyżką w okolicach pasa, cienkimi patyczkami rąk i nóg, czyli żaden tam fenomen muskulatury, to uchwyt miał iście kowalski – A teraz teściową buchnij w lico! - pchnął zięcia w kierunku żony.
– A gdzie nasz mały urwis? - spytała po zakończeniu ceremonii powitalnej.
– Na dworze! W piłkę z chłopakami gra! - Jadwiga wskazała uchylone drzwi balkonowe. Benek wyjrzał na zewnątrz. I już miał zawołać Gustaffa i obwieścić swój przyjazd, kiedy twarz mu spoważniała, a okrzyk uwiązł w gardle. Po chwili doszedł do siebie.
– A czemu on siedzi i nie gra? - spytał patrząc na Maurycego.
– Chłopaki mają kłopoty z dopuszczeniem go do paczki. Wiesz, nie ten wygląd, nie ten gatunek...
– I ty nic z tym nie robisz? Nie bronisz mojego wnuka?
– Tam zaraz nie broni – sytuację próbowała uspokoić Jadwiga. – Po prostu dzieciakom trzeba dać trochę czasu na oswojenie.
Ciało Benka przeszedł dreszcz.
– Oswajać? Oswajać to sobie możesz psa po przejściach – dziadek spojrzał na siedzące w progu pokoju trzy wielkie psiaki, wpatrujące się z zaciekawieniem w całą sytuację – Sorki dziewczyny...
– Dwie to dziewczyny, jeden to chłopak! - wtrącił Maurycy.
– No to sory wszystkim psowatym! - Benedykt uchylił kaszkiet – Ale wróćmy do mojego wnuka! I nawet nie zaprzeczaj, że nim nie jest, bo cię oklepię jak ciasto francuskie! - dźgnął palcem wskazującym pierś zięcia – A jak ty tego nie potrafisz załatwić, to patrz! - podciągnął lekko spodnie, pocałował żonę w policzek i wyszedł z domu mrucząc coś pod nosem.
Wszyscy rzucili się na balkon skąd po chwili zobaczyli mężczyznę maszerującego wymachując zamaszyście cienkimi ramionami.
– Dziadek! - krzyknął Gustaff i poderwał się z trawy kiedy zobaczył Benka.

* * *

– I jak? Załatwiłeś sprawę? - spytała siedząca na kanapie Klara, popijająca zrobione prze Maurycego cappucino.
– Oczywiście, że załatwiłem! - Benedykt ściągnął czapkę, położył na stole, sam zaś umościł się w odrapanym przez koty, skórzanym fotelu – To bardzo miłe chłopaki...
– Ile? - do rozmowy włączyła się Jadwiga.
– Co ile
– Tato, nie udawaj proszę! Za długo i za dobrze cię znam. Ile cię to kosztowało?
– Zaraz tam ile... Jakby nic na tym świecie nie opierało się na bezinteresownej przyjaźni i pomocy bez oczekiwania na zysk... Nie każdy rodzi się Trumpem- Benedykt spuścił wzrok.
– Czyli?
– Trzy lody Big Milk i po średniej coli...
– To jest według ciebie ta bezinteresowna przyjaźń? - spytał kpiąco Maurucy.
– Poczekaj, coś mi tu jeszcze śmierdzi! – Jadwiga skinęła na męża – To wszystko?
– Przecież powiedziałem! - dziadek odwrócił głowę w kierunku telewizora i dodał cicho – przez tydzień jak u was będziemy.
–Lody i colę przez tydzień? - powtózył cicho Maurycy - Jak u nas będziecie?
– Bo widzisz kochanie - Jadwiga poderwała się z wersalki
i podeszła do męża - zapomniałam ci powiedzieć, że rodzice zostaną u nas kilka dni, bo u nich nowe szambo zakładają...
– Tydzierń lody i colę. A mnie nikt psia krew nawet gumy do żucia nie zaproponował...
















Copyright © Jestem Gustaff , Blogger