października 29, 2025

Lekcja druga: Skradzione słodycze, dynie i Pączkownia!

Lekcja druga: Skradzione słodycze, dynie i Pączkownia!


 Pamiętacie jak skończyło się moje ubiegłoroczne Halloween? Nadmiar słodyczy nie wpłynął dobrze na mój żołądek jak i na podłogę Maurycego.
Jeszcze będziemy się z tego śmiali! - mówiłem zaraz po tym jak zanieczyściłem mu pokój. On się jednak jakoś z tego nie śmiał. Ani wtedy, ani dzisiaj, po upływie roku. Pamiętliwa bestia.
Obiecałem sobie wtedy, że już więcej nie przesadzę ze słodyczami. I miałem zamiar tej obietnicy dotrrzymać.
Zjem tylko jeden cukierek! - wołałem buńczucznie – no może dwa! Trzy jak ktoś mnie zmusi, a cztery jeśli od tego zależeć będzie moje życie! No dobra, zjem pięć! Sześć w drodze wyjątku, ale takiego wyjątku, że normalnie większego wyjątku nie ma! - I tak krzywiąc się przed lusterkiem i strojąc przeróżne miny boleściwe, starałem się znaleźć wytłumaczenie i alibi dla ewentualnego halloweenowego obżarstwa. Ostatecznie stanęło na 58 cukierkach, dziesięciu lizakach, ćwiartce blachy ciasta zrobionego przez Jadwigę i tabliczce czekolady z orzechami włoskimi.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że klątwa ubiegłorocznego bólu brzucha zacznie się w tym roku długo przed świętem Halloween.

A było to tak.

We wtorek 28 października, przypadkowo przeglądając rzeczy Maurycego w zamykanej na kluczyk półce (przez przypadek wiedziałem gdzie mój człowiek chowa przede mną ten kluczyk), znalazłem dziwną drewnianą skrzyneczkę. Skrzyneczka (co za zbieg okoliczności i brak zaufania do współmieszkańców – a konkretnie to chyba do mnie) zamknięta była na małą zieloną kłódeczkę. W okolicy nie znalazłem otwierającą ją klucza, dopiero w prawy zimowym trzewiku Maurycego leżącym w pudle, wpakowanym do torby, wciśniętej do pawlacza, czyli takiej szafki pod sufitem, w przedpokoju. Oczywiście znalazłem go przez kompletny przypadek! Jakby ktoś pytał.
A w skrzyneczce było (o, cukierkowa bogini słodyczy wszelakich), tak na oko, dwa kilo cukierków różnej wielkości, koloru i smaku, pięć czekolad, lizaków dwa paski i jedna guma do żucia. Co najdziwniejsze zużyta i przyklejona centralnie do spodu wieczka skrzyneczki. Maurycy to jednak dziwny gość.
Wstępnie poczęstowałem się kilkoma cukierkami i jedną czekoladą. Po konsumpcji odpowiednio uformowane papierki, łudząco imitujące prawdziwe cuksy, powędrowały z powrotem do skrzyneczki. Złotko opakowania czekolady, przylizane i wygładzone na sztywno również. Jak na moje oko wszystko było w jak najlepszym porządku. Maurycy nie powinien nic zauważyć.
Następnego dnia postanowiłem znowu zajrzeć do skarbczyka. Tak dla pewności, czy stan słodyczy się zgadza. Zgadzał  się co do sztuki i co do gryza. OK, pomyślałem, a może zabrać trochę tego dobra do szkoły, poczęstować dzieciaki w klasie? Niby ostatnia wyprawa na dywanik do dyrektorki po papierowej wojnie, przysporzyło mi u nich trochę sympatii, ale to byłby sztos w samo serce. Bo jak mawiają, przez żołądek do serca!
Przed wyjściem do szkoły po cichutku wsypałem zawartość skrzynewczki do tornistra i wyruszyłem do szkoły. Trochę gryzło mnie sumienie i zastanawiałem się co się stanie gdy Maurycy zauważy kradzież, ale uspokajałem sumienie, że cel uświęca środki. A czego się nie robi dla popularności! No właśnie, czego...
Kiedy dotarłem do szkoły i stanąłem w holu zesztywniałem ze strachu. Tuż obok stolika pań woźnych stał Maurycy i mocno gestykulował. Czyżby zauważył brak słodyczy i jakimś ponadnaturalnym cudem zdołał przybiec do szkoły przede mną? Jeśli tak to już umarłem. Na dodatek przed wyrobieniem sobie wśród kolegów i koleżanek z klasy statusu cool ziomka!
– Gustaff! Jak dobrze cię widzieć! - zawołał kiedy mnie zobaczył – Chodź tu na chwilkę! - wyciągnął ręce, a kiedy znalazłem się w ich zasięgu, przyciągnął mnie mocno do siebie i przytulił – Wpadłem na pomysł, że kupię kilka dyń na dzisiejszą lekcję plastyki. I kilka markerów, żebyście pomalowali na nich twarze. Ja je potem wytnę i będziecie mieli ozdobę do klasy na Halloween! - wskazał palcem trzy dorodne, pomarańczowe owoce. Bo, nie wiem czy wiece, ale dynia rozwija się z kwiatu i zawiera nasiona, dlatego z botanicznego punktu widzenia traktowana jest jak owoc. Kiedy jednak trafia do kuchni używama jej jak warzywo. Dziwna ta dynia... - Pomożesz zanieść ją na pięterko? - Maurycy mrugnął do mnie i uśmiechnął się szeroko. Podniosłem jedną z przyszłych głów. Ciężka byłą. Jak moje sumienie w tej chwili. No bo ja mu kradnę cukierki, a on mi taki prezent robi. Przecież chłopaki zwariują jak będą mogli zaprojektować dyniowe głowy! A dziewczyny na pewno zatrzepoczą rzęsami w moim kierunku. Rozmarzyłem się.
– Wiesz Maurycy, – zacząłem niepewnie, kiedy doszliśmy na miejsce – mam ci coś ważnego do powiedzenia. Coś strasznego... - spuściłem głowę i zacząłem dłubać czubkiem trampka w klepkach drewnianej podłogi – Zrobiłem coś tak strasznego, że wierzyć mi się nie chce, że na to wpadłem! Możesz mi za to ograniczyć dostęp do prysznica wieczorem, albo nawet odciąć dostęp do internetu na jakieś dwie godziny w czasie moich zajęć w szkole...
– Wiem Gustaffie, wiem... - mężczyzna pokiwał głową i odchylił lekko klapę tornistra – Zauważyliśmy to z Jadwigą już wczoraj. Za bardzo kręciłeś się koło półki cwaniaczku. Łakomstwo przytępiło twoją czujność! Nawet nie zauważyłeś, że za drugim razem nie było gumy w skrzyneczce!
– No ale co teraz Maurycy?
– Teraz zaniesiemy dynie do klasy, ty do środka wrzucisz słodycze i poczęstujesz nimi koleżanki i kolegów. Albo inaczej, wymyślimy jakieś gry i zabawy, a nagrodami będą smakołyki. Zresztą tak po prawdzie to właśnie w tym celu je kupiłem. Miałem ci o tym powiedzieć, ale ty wtedy zrobiłeś włamanie. O twoim zachowaniu zapewne jeszcze porozmawiamy, ale teraz nie będę ci suszył głowy. Teraz będziemy się dobrze bawić!

I bawiliśmy się dobrze! Na początek było malowanie dyń, potem krótka pogadanka o nagrywaniu podcastu (Maurycy pokazał jeden z rejestratorów i wyjaśnił pokrótce technikę rejestracji głosu), rozdał swoje książki „Michaśek i inne psipadki”, a na koniec poczęstował wszystkich pączkami ufundowanymi przez Pączkownia Łowicz. Mało tego, załatwił, że od dziś każdej naszej lekcji towarzyszyć będą pyszne pączki z Pączkarni! I ostatecznie nie zjedliśmy ani jednego cukierka!

Rozmowę z Maurycym przeprowadziłem wieczorem jeszcze tego samego dnia. Nie była miła, ale jak się coś przeskrobie, trzeba ponieść konsekwencje swojego postępowania. To się nazywa odpowiedzialność.

Ale żeby nie kończyć tego wpisu na smutno, prezentuję wam najsłodszego sponsora na świecie! Sponsora Grupy Gustaffa!

Nasz pierwszy sponsor!







   

   



   


   

   

   











   

   





I jak? Podobało się? No to widzimy się teraz za dwa tygodnie!

października 23, 2025

PROJEKT - Gustaff idzie do szkoły

PROJEKT - Gustaff idzie do szkoły


22 października o godzinie 15.15 w Szkole Podstawowej Nr 4 w Łowiczu zadziała się historia. Odbyła się pierwsza lekcja 13GG, czyli Grupy Gustaffa – klasy w której naukę rozpoczął lis Gustaff Niepsuj!

Dziś, dzień po tym wydarzeniu, warto zebrać do kupy wszystkie dotychczasowe komunikaty, ogłoszenia i notatki służbowe i przedstawić jasno i klarownie – co, gdzie i jak...

Jako że ja, Grzegorz Raczek, a w historii o Gustaffie występujący jako Maurycy Niepsuj, wymyśliłem Gustaffa, napisałem opowieść o nim i wiele pomniejszych historyjek, zrobiłem go z drutu, gąbki i włóczki, a także narysowałem każdą obecną na tej stronie i innych jego profilach, ilustrację (nie używam AI, uważam bowiem, że podbudowywanie sobie w ten sposób porfolio jest grzechem śmiertelnym), napiszę ten artykuł w pierwszej osobie. Tak będzie i uczciwiej i wygodniej.

HISTORIA
Gustaff mi się przyśnił. Dokładnie! I on jako lis i historia o nim. Może nie cała, bo wiele wątków wymyśliłem po drodze, ale szkielet tej opowieści i sama postać lisa zprzyszła do mnie nocą! Miało to miejsce w 2022 roku, kiedy trochę zastanawiałem się co ze sobą zrobić. A miałem powód. W 2018 roku w oku lewym pojawił się zakrzep żyły środkowej siatkówki (charakteryzuje się tym, że widzę tylko krawędziami oka, środek to szara plama). W 2020 roku straciłem praktycznie wzrok w oku prawym. Proces dewastacji oka przez zakrzepy niestety nie zatrzymał się. Bo tego się nie wyleczy ani farmakologicznie, ani operacyjnie. Degradacja oka cały czas postępuje. Tego procesu nie można zatrzymać, można go tylko spowolnić. Czy chcę, czy nie chcę powoli zmierzam do ślepoty. Nauczyłem się jednak żyć z tym co mi zostało. Jest tego coraz mniej, ale jakoś się udaje!
Kiedy padły oczy, mogłem usiąść na tyłku i zacząć słuchać radia, ale uznałem, że póki coś jeszcze widzę, warto ten czas wykorzystać i zrobić coś wartościowego i pożytecznego. I spełnić dziecięce marzenia. A chciałem być nauczycielem, pisać i ilustrować książki i projektować zabawki. Klamrą spinającą te marzenia  jest właśnie Gustaff (jest jeszcze kilka innych projektó, ale o nich może innym razem).
Pojawił się profil na facebooku, instagramie, potem oficjalna strona, pierwsze sesje zdjęciowe u mnie w domu, w plenerze, na różnych imprezach. Wkurzałem się, że mój lis nie zdobył od razu wielkiej sympatii w internecie, a więcej lajków zdobywały piersiaste niewiasty, małe kotki czy posty o robieniu paznokci. Kilka razy chciałem rzucić projekt w cholerę, ale wkurzenie mijało, ja zaś doszedłem wreszcie do wniosku, że muszę poczekać. Muszę być cierpliwy. Bo Gustaff wart jest tej cierpliwości.

GUSTAFF IDZIE DO SZKOŁY
W ubiegłym roku w głowie zaczął kiełkować pomysł wysłania Gustaffa do szkoły. Ale nie takiej narysowanej czy stworzonej w komputerze. Rosło to we mnie, aż wybuchło w tym roku. Wysłałem zapytanie przez fb do swojej starej szkoły podstawowej (SP4 im. Marii Konopnickiej w Łowiczu), przedstawiłem pokrótce pomysł i czekałem na odpowiedź. Nadeszła stosunkowo szybko. Potem było spotkanie z dyrekcją, życzliwa akceptacja (przeważył chyba argument, że robię to za free), rozmowa z wyznaczoną przez szkołę nauczycielką i powoli ruszyły przygotowania. Bo trzeba było znaleźć chętnych do klasy Gustaffa i spiąć to z konkursem na najlepszego czytelnika w bibliotece szkolnej, który sponsorujemy z Gustaffem.
Na pierwsze spotkanie przyszły... dwie osoby. OK. Nie ma co załamywać rąk. Działamy dalej.
Potem było spotkanie na sali gimnastycznej przed większym audytorium. Podziałało. Na drugim spotkaniu informacyjno-organizacyjnym pojawiło się 10 osób (ponoć zapisało się 13). Taka liczba jak najbardziej mi pasuje!
I nadszedł ten dzień. Pierwsza lekcja Gustaffa z dzieciakami!

POMYSŁ
Gustaff idzie do szkoły, to projekt który miał być pojedynczą sesją zdjęciową. Pomyślałem jednak – co stoi na przeszkodzie, by rozwinąć to w coś większego. By zorganizować więcej takich sesji, by dzieciaki trochę się pobawiły i trochę przy okazji nauczyły. Czemu mamy się ograniczać do szkoły, przecież możemy wyjść w plener, gdzieś pojechać, pójść do kina, teatru, na imprezę sportową, targi książki... Oczywiście z Gustaffem, jako 13GG.

PODCAST
Na początku października wpadł mi do głowy pomysł nagrywania podcastu i audycji z Gustaffem. Żeby pogadać z dzieciakami o książkach, filmach, muzyce, grach. Żeby powiedzieli co ich interesuje, cieszy albo wkurza. Żeby każdą lekcje rozpisać na role i nagrać słuchowiska o przygodach Gustaffa! Oczywiście z nimi, czyli uczniami 13GG w rolach głównych!
Pomysł zyskał akceptację szanownej dyrekcji.
Zacząłem przeliczać finanse. Nie jest dobrze. Potrzeba jakieś 3,5-4 tys. na sprzęt. Jak dla mnie kosmos. Zorganizowałem zbiórkę – wleciało niewiele. Cztery wpłaty. Starczy może na ramię mikrofonowe i słuchawki. A gdzie reszta? Trochę dokupiłem za swoje, trochę na długą kreskę – najwyżej żona nieoceniona, niedoceniona, a czasem mocno apodyktyczna mnie zabije. I wtedy pojawiła się ONA! Cała na biało i sypnęła złotem. Nie będę pisał kto, bo nie wiem czy mogę i żeby nie skradli mi jej inni potrzebujący (wystarczy, że ma mnie :).

Ledwo minęła połowa miesiąca a ja miałem wszystko:
- Trzy rejestratory Zoom Podtrak P8, Zoom H8, Zoom H6
- Cztery mikrofony Rode Podmic
- Cztery ramiona mikrofonowe Mosob SB40 i Mozos SB45
- Cztery pary słuchawek ISK HD9999 oraz AKG K92
- okablowania, popfiltry na mikrofony w rejestratorach, futerały...

Teraz trzeba poszukać mebli. Ławę już mam. Pora na krzesła lub pufy i jeden fotel dla szefa, czyli prowadzącego audycje – każdy członek grupy przynajmniej raz dostąpi tego zaszczytu. W głowie piętrzą się pomysły wystroju studia. Zobaczymy co się uda załatwić albo kupić.
Chcecie pomóc?
Marzena Raczek - 90109028350000000123348369

CO DALEJ?
Gdzieś tam głęboko w głowie pojawił się pomysł, by stworzyć miejsce do nagrywania filmów (oświetlenie już jest), stworzyć animację poklatkową, przeprowadzić wywiady (osobiście lub on-line) z pisarzami, aktorami, piosenkarzami, odwiedzić teatr, operę (również od zaplecza), targi (książki, gier, komiksu, fantastyczne), odwiedzić ciekawe miejsca w Łowiczu i okolicy, a może i dalej
Plany są naprawdę wielkie i być może nie wszystkie uda się zrealizować, ale jak to sprawdzimy nie próbując!? Od zawsze przyświecała mi myśl, że nie ważne ile razy upadniesz, ważne ile razy staniesz na nogi.

Pierwsza sesja/lekcja za nami, kolejna już 29 października. Będzie halloweenowo i, mam nadzieję, równie fajnie co podczas papierowej wojny.

Chcecie dołączyć do naszej grupy? Zapraszam - brakuje nam w SP4 kilku duszyczek. A może chcecie zorganizować takie GRUPY GUSTAFFA u siebie w szkole, bibliotece, domu kultury, oddziale szpitalnym?

Piszcie - hejka@JestemGustaff.pl

października 22, 2025

Jestem Gustaff: Moja pierwsza lekcja

Jestem Gustaff: Moja pierwsza lekcja

 Pamiętacie swój pierwszy dzień w szkole? Wy być może tak, ale wasi rodzice czy dziadkowie już chyba nie do końca. Albo nie od początku. Albo trochę tego i trochę tego. Niestety czas zaciera wspomnienia. Nic się na to nie poradzi.
Ja pamiętam swój pierwszy dzień w szkole jakby to było dziś. Ale zaraz, przecież to było dziś!
Maurycy od dłuższego czasu załatwiał milion różnych spraw związanych z moim pójściem do szkoły i wreszcie nadszedł ten moment kiedy załatwił milionową sprawę, przyszedł do domu, usiadł na fotelu, odchrząknął i powiedział.
– No Gustaffie, załatwiłem właśnie milionową sprawę i od przyszłego tygodnia będziesz mógł wreszcie pójść do szkoły.
Jadwiga zasłoniła usta dłonią i spojrzała na mnie szeroko otwierając oczy. Coś chciała powiedzieć, ale ręka zasłaniająca usta skutecznie wytłumiła głos.
– Dłoń kochanie! - wyszeptał Maurycy – Blokujesz się! - mężczyzna sięgnął do twarzy żony i pociągnął ją za wskazujący palec - Się nie blokuj...
Jadwiga opuściła rękę.
– Do szkoły?! Nareszcie! Nasz maluch zostanie uczniem!
Dopiero kiedy usłyszałem „zostanie uczniem” dotarła do mnie waga tej informacji. Nareszcie! To, co do tej pory wydawało się niemożliwe, stanie się faktem! Będę się uczyć! W normalnej szkole! Nie żebym coś miał do nauk Maurycego, ale to już przeszło półwieczny jegomość, lekko nienadążający za współczesnością!
– Hurrra!!!

* * *

Nawet nie wiedziałem, że rozpoczęcie nauki wiąże się z takim stresem. Niby na początku wypełnia nas euforia, a głowę kłębowisko wyobrażeń o nowych znajomościach i przygodach, jakie czekają nas w szkole, ale im bliżej terminu rozpoczęcia nauki, brzuch zaczęły mi wypełniać stada nietoperzy, a w głowie radosne do tej pory obrazy zaczęły przybierać ciemne, dołujące kolory. Jadwiga pocieszała, Maurycy wypinał pierś i nawiązywał do bohaterskich przodków naszej rodziny, ale to nic nie dawało. Nogi coraz częściej traciły sztywność, a oddech stawał się szybki i ciężki. Anatomicznie nie mam serca, ale pulsujący gdzieś tam w klatce piersiowej kryształ nabierał coraz to bardziej niebezpiecznych częstotliwości.
Kiedy wreszcie stanąłem przed drzwiami klasy cała dusza spłynęła mi do butów i owinęła się wokół dużego palca prawej ławy, skamląc bojaźliwie. Pani nauczycielka chyba wyczuła mój niepokój.
– Wszystko będzie dobrze Gustaffie! - spojrzała na mnie z góry tymi swoimi wielkimi, spokojnymi oczami.
– Naprawdę? - bezwiednie zacisnąłem mocniej łapę na jej dłoni.
– Naprawdę! - otworzyła drzwi do pracowni.
W środku panował gwar. Kilkoro z dzieciaków siedziało przy ławkach ustawionych w trzech równych rzędach. Kilkoro stało przy tablicy, rozmawiając głośno i wybuchając co chwilę śmiechem. Kidy drzwi się otworzyła i pojawiła się w nich nauczycielka, a potem ja głosy przycichły, a grupa dyskusyjna rozproszyła się i zajęła swoje miejsca w ławkach.
– Kochani! - pani Edyta podniosła ręce i rozejrzała się po klasie – Dziś chciałabym wam przedstawić nowego kolegę, który chodzić będzie do naszej szkoły!
– Zrobiła krok w bok, odsłaniając mnie przed uczniowskim audytorium. Pomachałem nieśmiało łapą i uśmiechnąłem się niepewnie.
– Jaaaaciek! - szczupły chłopiec z pierwszej ławki i otworzył szeroko usta . Kolega siedzący obok również – On... On jest prawdziwy?!
– Nie, ulepili mnie z gumy do rzucia! - odpaliłem bezmyślnie.
Dziewczynka z ławki przy drzwiach machnęła do mnie ręką.
– Usiądź za nami! Proszę! - I wskazała wolne krzesło za sobą.
– A może powiesz nam coś o sobie? - nauczycielka uciszyła narastający odgłos uczniowskich szeptów.
Postawiłem żółty tornister na podłodze i wyprostowałem się.
– Cześć, mam na imię Gustaff. Przez da „f”. Jak widać jestem lisem, lisem zabawką, a raczej ożywioną lisem zabawką. Kiedyś wam to wytłumaczę, bo to skomplikowana sprawa jest. Stworzono mnie w latach 30. ubiegłego wieku, znaczy przezd II Wojną Światową. Mam metr z jakimś małym kawałkiem i, około 90 lat, choć wyglądam najwyżej na 65. Przez większość tego czasu hibernowałem w kufrze w piwnicy łowickiej poczty. Znaczy spałem tam. Znaleziono mnie dopiero podczas remontu. Całkiem niedawno. Przygarnęli mnie Jadwiga i Maurycy Niepsujowie, mieszkający na osiedlu obok, bo jak się okazało kufer nadał pradziad Maurycego. Potem próbowano mnie porwać, zabić i takie tam drobiazgi. Yo możecie posłuchać lub poczyatć, bo Maurycy opisał to z detalami. A poza tym lubię czytać książki, jeść chińszczyznę i oglądać filmy. To chyba tyle na początek... - spojrzałem an panią Edytę. Chyba zrozumiała, że dalsze tkwienipod tablicą nie jest dla mnie zbyt komfortowe. Wskazała miejsce przy wolnym stoliku w drugim rzędzie, podała tornister i lekko pchnęła na miejsce.
– Dobra, zapewne nieco więcej o nowym koledze dowiecie się na przerwie, a teraz przejdźmy do zajęć! - podeszła do biurka i otworzyła podręcznik.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
– Pani Edyto,, Pani Edyto - do klasy zajrzała woźna, rozejrzała się po klasie, a kiedy zobaczyła moją pomarańczowo-czarną sylwetkę, uśmiechnęła się życzliwie i pomachała mi ręką – telefon do pani. Chyba z kuratorium.
– Ja za chwilę wrócę, a w tym czasie przeczytajcie rozdział czwarty. OK?
Po wyjściu nauczycielki w sali zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się we mnie jak w święty obrazek, albo hot-doga z metrową parówką. Wreszcie jeden z chłopców siedzących w ławce obok wstał i pochylił się nade mną.
– A może ty jesteś  szpiegiem? Agentem obcej cywilizacji? - spytał przekrzywiając lekko głowę i kierując palec wskazujący prosto w mój nos.
– Wydaje mi się, że nie! - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
–  A może jednak? I teraz sprawdzasz nas i nasze słabe punkty, żeby twoi ziomkowie wiedzieli jak nas pokonać!
– No co ty chłopie. Że niby mam to robić w Łowiczu? Co mam tu inwigilować? Mleczarnię? Galerię handlową? Fontannę na rynku? Przystanek tramwajowy?
–  W Łowiczu nie jeżdżą tramwaje! - odparł trzeźwo chłopiec 
–  No właśnie! I co tu szpiegować!?
Uczeń wycofał palec.
I wtedy stało się coś, co zapoczątkowało lawinę wydarzeń, którą być może nasi potomni nazwą w konikach szkolnych „Pierwszą woją papierową”.
Otóż sekundę po tym jak palec zniknął sprzed mojego pyska w lewe oko uderzył mnie zgnieciony w kulkę kawałek papieru. Potem w prawe. Trzeci pocisk przeleciał koło ucha i wylądował na podłodze, jakiś metr ode mnie. Kątem oka zauważyłem, że w moim kierunki zbliżają się kolejne pociski. Zrobiłem unik, podniosłem z podłogi leżące kulki i wskoczyłem na ławkę.
Więc to tak się traktuje gości na tej planecie?! - rozejrzałem się wokoło szczerząc kły – To chciałem was ostrzec, że na swoim przedwojennym podwórku byłem mistrzem w petanque. A osobnik, który trafił mnie w oko poczuje co to zadrzeć z profesjonalnym graczem w bule! Masz łobuzie! - zaśmiałem się złowieszczo i wyrzuciłem kulkę jak najmocniej potrafiłem, trafiając w nos wysoką dziewczynkę siedzącą za mną.
No i się zaczęło. W klasie zawrzało, a powietrze wypełniły zmięte skrawki papieru, złożone naprędce samolociki, a nawet jakieś dwie rolki papieru toaletowego, latające z jednej na drugą stronę pracowni, pozostawiając po sobie białe smugi na podłodze i owijając się na meblach (albo mam któregoś uczni zna aż za dobrze swoje dziecko, albo jest wyjątkowo zapobiegliwa, albo doskonale zdaje sobie sprawę z czym robi mu kanapki do szkoły). Salę wypełnił śmiech i okrzyki nawołujące wszystkich do boju. Początkowo wszyscy walczyli ze wszystkimi, ale po kilku minutach nastąpił podział na dwa obozy, na wszystkich i na... mnie.
To szaleństwo trwało dobry kwadrans. Do czasu gdy w drzwiach pojawiła się postać pani dyrektor. I wszystko zakończyłoby się może bez wielkich kłopotów, gdyby nie to, że akurat w tym samym momencie rzucałem rolkę papieru toaletowego w stronę chłopca kryjącego się pod ławką przy drzwiach, a który posądził mnie o pozaziemskie pochodzenie. Papier przeleciał zgrabnie nad ławkami, potem obok prawego ucha dyrektorki, odbił się od ściany i zrobił dziwnego bączka w powietrzu owijająć się wokół jej szyi niczym wąż boa. Pani profesor spojrzała na mnie gniewnie, pokiwała palcem i otworzyła drzwi klasy.
– Zapraszam panie Gustaffie na małą pogawędkę wychowawczą!
I tak mniej więcej wyglądał mój pierwszy dzień w szkole. A jak to wyglądało u Was, bo u mnie było zarąbiście!

   

   





   








 




   

   





   



   
   




   



Copyright © Jestem Gustaff , Blogger